Ciekawostki

Mont Blanc - szczyt marzeń. Krotoszynianie na „dachu Europy”!

Mont Blanc - szczyt marzeń. Krotoszynianie na „dachu Europy”!

Krotoszynianie Radosław Wita i Marek Spychaj, zdobyli najwyższy szczyt Europy - Mont Blanc. Jest to opowieść o odwadze, determinacji i dążeniu - krok po kroku - do realizacji swoich marzeń, a także odrobinie szczęścia...

O przygotowaniach do wyprawy, zdobyciu szczytu i całej otoczce z tym związanej, rozmawialiśmy z Radosławem Witą, który jeszcze ubiegły tydzień spędził w Alpach.

 

Skąd pomysł na taką wyprawę, na najwyższy szczyt Europy?

Klika lat temu wspólnie z Markiem uczestniczyliśmy w zimowym kursie turystyki w Tatrach. Przez cztery dni uczyliśmy się, jak chodzić po górach. To był kurs prowadzony przez instruktora pochodzącego z Krotoszyna - Arkadiusza Rybę Kubickiego. Bardzo mi się to spodobało i już wtedy w głowie zaświtała mi myśl, że może coś więcej, niż Tatry... Później byłem też na kursie drugiego stopnia, który prowadził Kacper Tekiela. Cały czas jednak w głowie miałem Mont Blanc. Marek i ja byliśmy też na kilku europejskich górach. Kilka lat temu wziąłem również udział w prelekcji w Krotoszynie na temat Mont Blanc i Mont Everest, który wygłosiła himalaistka Monika Witkowska. Chwilę porozmawialiśmy, kupiłem od niej książkę właśnie o Mont Blanc. Napisała mi dedykację, "żeby Twoje marzenia się spełniły" i spytała, gdzie chciałbym wejść. I od tego momentu stało się to moim marzeniem, właśnie Mont Blanc.

 

Czy łatwo jest zaplanować wyprawę na Mont Blanc?

Od kilku lat obowiązuje przepis, że aby wejść na szczyt, to trzeba spać w dwóch schroniskach  Gouter i Tete Rousse. I z tym jest bardzo duży problem, bo trzeba mieć szczęście. Co roku, 1 stycznia, otwierana jest lista osób, które chcą skorzystać ze schronisk. Zapisałem się, byłem nawet 200. w kolejce w terminie, który mnie interesował.
Wcześniej jednak poznałem przewodników i trochę mi się poszczęściło, bowiem mają oni zarezerwowane osobne terminy. Poza kolejnością znalazły się dwa miejsca u Marcina Wernika. Musiałem więc znaleźć jeszcze jedną osobę, która będzie chciała wejść na szczyt. Byłem bardzo zdeterminowany, bo czas leci, jestem coraz starszy. Zaproponowałem wyprawę Markowi. Miał kurs, doświadczenie i sprzęt z którego umiał korzystać oraz oczywiście kondycję. Marek się zgodził i po kilku latach moje marzenie stało się planem do zrealizowania. Muszę też dodać, że Marek, to również fajny kolega.

 

Zatem, był plan, był partner i przewodnik...

Tak, przewodnik wszystko organizował. Cała wyprawa trwała osiem dni. Dwa dni jazdy, trzy aklimatyzacji w Szwajcarii, Włoszech i Francji i trzy dni samej akcji. Wszystko zależało od pogody, więc aklimatyzacja przebiegała na różnych górach. Musiały mieć powyżej 3500 m n.p.m. Nasz przewodnik, podczas aklimatyzacji sprawdzał naszą sprawność, zachowanie, kondycję, poruszanie się po skałach, wspinanie. Przeszliśmy to dobrze i powiedział, że mamy szansę zdobyć szczyt, jak będzie oczywiście pogoda. Był to naprawdę bardzo doświadczony przewodnik, przez cały czas nas wspierał i dawał nam poczucie bezpieczeństwa.

 

Jak wyglądało samo zdobycie szczytu?

Umówiliśmy się na czwartek, ale musieliśmy przyspieszyć, bo na piątek zapowiadano okno pogodowe. Wyruszyliśmy w nocy, żeby przejść Kuluar Śmierci. Wtedy tam najmniej spadają kamienie. Były ciężkie warunki. Od połowy zaczął mocno wiać wiatr, a musieliśmy dotrzeć do schroniska Gouter, a potem prosto na szczyt. Udało się. Podczas zejścia znów od połowy był silny wiatr, a dzień wcześniej napadało 30 cm śniegu, musieliśmy uważać na szczeliny lodowe.

 

Jakiś moment zawahania, kryzys?

Kryzys był godzinę przed szczytem, już go widzieliśmy. Ściana lodowa, ciężko było wejść krok po kroku. Ciężko było oddychać, nie było za dużo tlenu. Przewodnik zobaczył nasze oblodzone twarze i zapytał, czy chcemy wracać? Stanowczo odpowiedzieliśmy, że nie, że chcemy tam wejść! Zobaczył, że mamy wysokie morale i weszliśmy na szczyt. Choć w sumie trwało to dłużej.

 

"Dach Europy", Mont Blanc, najwyższe miejsce na Starym Kontynencie, robi wrażenie?

Na samym szczycie nie mieliśmy dużo czasu, bo warunki się pogarszały. Mont Blanc robi wrażenie. Łezka w oku się kręci... Z początku nie mogłem w to uwierzyć. Poświęciłem kilka miesięcy na przygotowania, treningi, nie brakowało wyrzeczeń. Bałem się, że jak się źle przygotuję, to czegoś zabraknie, albo sił, albo determinacji. Mimo ciągłych przygotowań, to nie wiedzieliśmy do końca, czy wejdziemy na szczyt. Kilka ekip zawracało na naszych oczach. Mieliśmy jednak wspaniałego przewodnika, pogoda też się nam trafiła. Nie mogłem uwierzyć, że jestem na "dachu Europy". Wielu osobom nie mówiłem o moich planach, żeby nie zapeszać, bo jest wiele składowych rzeczy, aby wejść. Trzeba mieć też szczęście. Osobiście uważam, że trochę nam sprzyjało.

 

Jak do tej wyprawy podchodzili Twoi najbliżsi? Co by nie mówić góry, a tym bardziej Alpy, potrafią być nieprzewidywalne...

Wiadomo, że żona z pewnością się bała, ale mnie wspierała, bo ma do mnie spore zaufanie. Nie była też to moja pierwsza wyprawa w góry. Wiedziałem, że mam do kogo wracać, że jak będzie zła pogoda, czy coś będzie nie tak, to będę wracał. Góra może poczekać, wiem gdzie jest granica.





Z regionu


Czytaj również

iKrotoszyn.pl reklamy
IGLOO KROTOSZYN KLIMATYZACJE

iKrotoszyn.pl reklamy
PRALNIA LAGUNA PROMOCJA

iKrotoszyn.pl reklamy
WALBET

iKrotoszyn.pl reklamy
LAGWOOD4

iKrotoszyn.pl reklamy
ZAKĄTEK ZDROWIA

iKrotoszyn.pl reklamy
PIOTROWSCY - MAXSERWIS KROTOSZYN

iKrotoszyn.pl reklamy
4yourcar - Sklep Motoryzacyjny w Krotoszynie

iKrotoszyn.pl reklamy
Polub nas na Facebooku - ikrotoszyn.pl