- Po Mont Blanc, który zdobyliśmy rok temu, chcieliśmy trochę ochłonąć, ale w głowach cały czas mieliśmy pytanie: co dalej? - opowiada Radosław Wita. - Po kilku miesiącach zdecydowaliśmy, że kolejnym celem będzie najwyższy szczyt Austrii, czyli Grossglockner.

Przygotowania i plan wyprawy
Marek od razu zaakceptował pomysł i zaczęliśmy planować wszystko podobnie jak rok wcześniej. Mieliśmy już pewne doświadczenie, więc przygotowania szły sprawniej. Termin wybraliśmy zbliżony - początek września. Aby zdobyć Grossglockner, trzeba spać w schronisku. Zarezerwowaliśmy noc z 14 na 15 września. Do wyboru były dwa miejsca: schronisko Stüdlhütte (2 802 m) lub Erzherzog-Johann-Hütte (3 454 m).
- Pomagał nam, podobnie jak poprzednio, przewodnik IVBV Marcin Wernik. To on doradził, aby zatrzymać się na 2 800 m, bo wyżej trudniej o spokojny sen, a i aklimatyzacja byłaby cięższa. Woleliśmy dłuższe podejście, ale w lepszej kondycji - tłumaczy alpinista.
Do Austrii dotarli w niedzielę. Samochód zostawili na parkingu w miejscowości Kals (ok. 1 900 m n.p.m.) - malowniczej górskiej osadzie. Stamtąd w kilka godzin dotarli do schroniska Stüdlhütte.
Atak szczytowy
Prognozy zapowiadały dobrą pogodę. Choć kilka dni wcześniej spadł śnieg, warunki były sprzyjające.
- Wyruszyliśmy o 5:30 rano, jeszcze po ciemku, w czołówkach. Po pół godzinie dotarliśmy do pierwszego lodowca. Potem czekał nas drugi, gdzie trzeba było założyć raki i iść w asekuracji z czekanem w ręku, bo pojawiały się szczeliny - relacjonuje R. Wita.

Po lodowcach rozpoczęła się pierwsza ferrata, strome podejście zajęło im około pół godziny. Potem kolejny odcinek graniowy i druga ferrata. Po ponad dwóch godzinach dotarli do schroniska Erzherzog-Johann-Hütte na 3 400 m.
- Tam już mocno wiało i było zimno, ale pogoda nadal dopisywała. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy dalej - zaczęła się najtrudniejsza część wspinaczki.
Najpierw strome podejście po świeżym śniegu, a potem wymagająca ściana skalno-śnieżna.

- To był naprawdę trudny fragment. Szliśmy na asekuracji, zabezpieczeni linami. 300 metrów pokonywaliśmy prawie dwie godziny, a dodatkowo tworzyły się zatory, bo wspinało się wiele ekip.
Ostatnia godzina była szczególnie wymagająca - wąska grań z ogromną ekspozycją po obu stronach. Wreszcie, około godziny 10:30, stanęli na szczycie Grossglocknera.
- Sam wierzchołek jest bardzo mały, mieści się tam tylko kilka osób. Było tłoczno, spotkaliśmy też ekipę z Polski.

Zejście równie trudne
Droga w dół wcale nie była łatwiejsza. Zejście stromą ścianą skalno-śnieżną zajęło im około 2,5 godziny. Potem kolejne pół godziny zejścia po śniegu i odpoczynek w schronisku na 3 400 m. Dopiero tam emocje zaczęły opadać.
- To był duży stres, bo trzeba było cały czas uważać. Ostatecznie wróciliśmy na nocleg do Stüdlhütte, a po południu zeszliśmy już na parking.
W sumie akcja górska trwała około 10 godzin.
- Grossglockner to symbol Austrii, ale to nie jest łatwa góra, szczególnie w końcowej fazie. Bez doświadczenia i odpowiedniego sprzętu nikomu nie polecam próbować wejścia.


Plany na przyszłość
Na tym jednak nie kończą się przygody krotoszynian.
- Mamy już kolejne plany na alpejski szczyt, ale na razie nie chcę zdradzać szczegółów - dodaje z uśmiechem nasz rozmówca.
Zdradził nam jednak, że będzie kolejny szczyt w Alpach, bliższy wysokością Mont Blanc.

Więcej zdjęć w galerii poniżej.
Przeczytaj także:

































